Zdarza mi się, że jestem opóźniona. Filmowo opóźniona.
Wiem, że chcę zobaczyć jakąś produkcję, czytam trochę o fabule, a potem z różnych względów, oglądam ją kilka miesięcy po premierze. Tak było z "Kac Vegas w Bangkoku". Po pierwszej części obejrzanej w domu, wiedziałam, że drugą chcę zobaczyć w kinie. Muszę. I to był jedyny słuszny wybór, bo takie filmy trzeba oglądać w większej grupie (najlepiej zróżnicowanej wiekowo, żeby człowiek po wyjściu z kina nie myślał, że coś z nim nie tak, skoro kręci go ten, lekko odmóżdżający, typ rozrywki;))
Głupkowato, żenująco, absurdalnie - tak jest. Ale, i to chyba najważniejsze, jest też ŚMIESZNIE. "Kac Vegas w Bangkoku" to bardzo dobry film na wieczór, zwłaszcza jak się miało kiepski dzień. Za to całkowicie, kompletnie, bardzo odradzam oglądanie go, jeśli jesteś:
- obrońcą zwierząt
- kimś, kogo kręcą tylko filmy Larsa von Triera
- przyszłym Panem Młodym, a tym bardziej Panną Młodą, której Narzeczony wybiera się na wieczór kawalerski.
Wkrótce "The Hangover Part III" (podobno już mają scenariusz :))
p.s. nie muszę chyba pisać, że od kilku dni słucham tylko i wyłącznie kacbangkokowego OST
0 komentarze:
Prześlij komentarz